Czy wędrował kto drogą, co słońce odchodzi?

Goniłam Białego Królika bardzo, bardzo długo. Był to morderczy pościg krętą drogą, podczas której nie raz i nie dwa upadałam, zatrzymywałam się, aby zaczerpnąć oddechu, a gałęzie rosnących wzdłuż tej ścieżki krzewów haratały moją twarz, ramiona, nogi. Miałam też, albo przede wszystkim, potwornie poharatane serce. Jednak byłam nieustępliwa w desperackim postanowieniu złapania Królika do tego stopnia, że nie widziałam nic poza tą magiczną istotą, która zawsze była o krok przede mną. Poświęcałam tej gonitwie wszystko, nie zważając na mijane krajobrazy i stworzenia. Nie chcę nawet myśleć o tym, ile z nich po drodze zraniłam przez ten okrutny egoizm i szalone pragnienie, które kazało mi wciąż biec przed siebie, jak najszybciej potrafiłam.

Goniłam go tak długo, aż wreszcie znalazł się na wyciągnięcie mojej ręki. Zatrzymał się nagle, a ja mogłam, jestem o tym przekonana, w końcu go chwycić. Myślę, że był już zmęczony tą wieczną ucieczką i dawał mi szansę. Nie mogłam w to uwierzyć. Co zrobiłam? Spojrzałam prosto w zagubione, królicze ślepia i… nie zrobiłam nic. Stanęłam w miejscu i nie poruszyłam się ani o milimetr. Pozwoliłam mu, po tej krótkiej chwili zrezygnowania i wahania, rzucić się z powrotem do ucieczki. Skwapliwie skorzystał z tej sposobności, cóż więc zrobiłam wtedy? Oczywiście otrząsnęłam się z szoku i niedowierzania, aby pobiec za nim znów. Nie trwało to już długo, kara była nieunikniona. Słono zapłaciłam za chwilę słabości i Biały Królik zniknął w swojej króliczej norze na dobre.

Do dziś zastanawiam się, co by się wydarzyło, gdybym go wtedy złapała. Dokąd by mnie zabrał? Czy byłabym szczęśliwsza? Lecz z niegasnącym niepokojem myślę również, czy zdecydowałabym się ponownie na gonitwę, gdyby nagle wyskoczył z nory, spojrzał na swój zegarek i zaczął znów uciekać. Nie zgodzę się z powszechnym przekonaniem, że nie chodzi o złapanie króliczka, a gonienie go. Gonitwa nie sprawiła mi żadnej przyjemności; co więcej: doszczętnie mnie zniszczyła. Czy, mimo upływających lat, po raz kolejny rzuciłabym wszystko i popędziła za nim? Oczywistym jest, że nie chciałabym stawać przed tym dylematem, ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, który jest pewien, że nie pobiegnie już nigdy za swoim Białym Królikiem. I niektóre sytuacje, niektóre rozmowy późną nocą sprawiają, że po głowie kołacze mi jeszcze jedno, arcyważne pytanie: czy najbliższe mi osoby powinny przypominać mi o Białym Króliku, pielęgnować we mnie świadomość tego, że jeszcze mogę za nim kiedyś pobiec, czy raczej powinny przytrzymać mnie mocno, kiedy wreszcie będę gotowa wyskoczyć z bloków startowych?

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj